Strona: 5

Irlandia - część VIII

5 Aug 2007; Maksymus007

I tak jak to bywa w życiu wszystko przekręciło się o 180 stopni. Z osoby wyjeżdżającej stałem się osobą niewyjeżdząjącą. Z bezrobotnej stałem sie robotą. Tak sądze, gdyż w czwartek zostałem zbudzony bladym świtem (przed 10:00) telefonem, czy mogę przyjść w piątek o 10:00 na Dublin Street 26 - znaczy się tam, gdzie byłem na interview. No mogłem i nawet przyszedłem, chociaż cały dzień się zastanawiałem po co mam tam iść..
Na miejscu okazało się, że pan would like to offer me a job, a ja, że i’m very glad, więc potem leave the jacket on those boxes and watch. No i watchowałem, cały dzień, do 18. Oglądałem jak się pakuje towar do pudełek, jak się przygotowuje paczke do wysyłki, jak się ja okleja taśma. Potem patrzyłem jak się wypełnia faktury, wysyła faksy, jak się kseruje, jak się wypełnia listy przewozowe, jak się zarządza stanem magazynu i na końcu, przez parę dobrych godzin, jak się wkłada w koperty ponad 600 kartek papieru i na to wszystko się nakleja znaczki. O i na tym się skończyło. Stawić się mam we wtorek, dla odmiany o 9:00. Trochę to wszystko niespodziewane, ale…kurczę fajnie! Prawdziwa robota, w prawdziwej firmie gdzie jedna paczka to parenaście tysięcy euro (gdyż firma zajmuje sie redystrybucją wszelakiego osprzętu związanego z poczerwienią - czujników, mechanizmów, silników etc.). Generalnie jest fajnie. We wtorek mam też dostać papiery potwierdzające fakt pracy co pozwoli mi zacząć użeranie się z Irlandzkim systemem podatkowym, w którym największym wyzwaniem jest znalezienie urzędu (podobno w Kilkenny, ale adres…nikt nie wie…).
Druga sprawa to mecz, który jak co tydzień rozgrywał się tam gdzie co tydzień. I jak co tydzień (juz drugi!) rozgrywałem go mi. ja. W sumie to ja tam mało rozgrywałem ale pare razy rozegrałem, pare zepsułem (sobie i przeciwnikom), pare coś tam kopnąłem, pare razy sie poprzepychałem i zmieszałem w błotem (dosłownie). Ale sa plusy - nie mam zakwasów (przynajmniej teraz) nie boli mnie nic poza plecami, moge chodzić normalnie, a po gorącym prysznicu jestem prawie jak nowy - w sumie to dobrze, bo niestety długie godziny przed kompem swój wpływ mają, ale mam nadzieje, że chociaż trochę udaje mi się z tym walczyć.
Trzecia sprawa - przychodzi do mnie dziewczyna, trzymająca w ręku okrągłe warzywo wielkości mniej wiecej buraka (troche większe). I co? I pyta się, czy to jest por! W niedowierzaniu kazała mi powąchać i stało się to, czego obawiałem się na samym początku - to była kalarepa (kto zgadł na początku?)! Powoli idąc przez życie w Irlandii zaczynam się orientować, jak wiele wiedzy jest potrzebnej do zycia i jak mało ludzi ją posiada. I nie mówie to o nauce akademickiej - ale o takim zwykłym odróżnaniu pora od kalarepy. O prostej sztuce ugotowania czegoś co nie jest z torebki… Dalej idąc przez potrzebe wyrzucania śmieci z kuchni a kończąć na obsłudze piekarnika… tożto jest wiedza elemenetarna jak dla mnie… czy takie bolesne jest przeczytać instrukcję obsługi? Nie wiem do czego to wszystko prowadzi, ale nie sądzę, żeby do czegoś dobrego..
To samo zresztą widać na każdym kroku, gdy patrzy się na Irlandczyków w swoich wiejskich furach, na dziewczyny w dresie albo napierdolone tak, że bez butów ida cała szerokością drogi krajowej N9 Dublin-Waterford. Po raz kolejny chce się zapytać: dokąd zmierzasz, cywilizacjo?
Na forum JM ktoś kiedyś ładnie powiedział, że naturalnym stanem gatunku ludzkiego jest analfabetyzm, chwilowo tylko zachwany przez XIX i XX wiek, gdzie nauczano masowo (nie pisałem już tego czasem?). Tutaj to samo..ciągle specjalizacja, specjalizacja, coraz węższe dziedziny informatyki, techniki, fizyki, w ogóle wszelakich nauk, a tu się okazuje, że przez to zawężanie, ciągle wymyślanie kolejnych chorób i powodów za/przeciw zmierza to do zagłady. Nie tylko co wyginięcia, co pewnego zastoju myślowego, kulturowego.
Tak więc kolejne ważne fakty, pomagające odpowiedzieć na pytanie kim jestem zostały przeze mnie przyswojone.
Nie mnie to oceniać i wystawiać jednoznaczne i wiążące opinie - ale nie podoba mi się taki rozwój sprawy. Nie i już. I żadne równouprawnienia i tolerancje nie zmienią faktu, że kobiety różnią się od mężczyzn, a homoseksualizm nie jest naturalny. I choć bardzo bardzo bardzo chcielibyśmy, żeby było inaczej, to się nie da.
Na boga, niechli bycie modnym i na luzie nie zabiera zdrowego myślenia…

Irlandia - część VII

30 Jul 2007; Maksymus007

Tak więc elementem wartym opisania okazują się 3 ostatnie dni - właściwie to dwa i dzień dzisiejszy, jednakże dla właściwego podziału i prostoty będę w poniższym tekscie używał terminu 3 dni do oznaczenia opisanego wyżej okresu czasu. Zacznijmy więc od soboty,gdzie to znana jako czas weekendu, okazała się dniem utrzymania całego naszego polskiego domu przy monacurragh 54. Pobliska pizza hut miała okazję obdarowac nas wszystkich (4 osoby) niespotykaną ilością pizzy która w założeniach była czymś wybranym z katalogu, w praktyce bywało różnie. Tegoż dnia dowiedziałem się rownież, że do moich 2 interview dołączy 3. Też w terminie niezwłocznym. Tak więc przechodząc do następnego dnia przygotowywałem się do dwóch rzeczy - interview w miejscu, gdzie byłem już na interview 2 tyg temu oraz meczu piłkarskiego, gdzie byłem też 2 i jeden tydzień temu, ale nie grałem. Generalny problem polegał na kolidowaniu tychże dwóch wydarzeń w czasie, a właściwie tak mi się wydawało, że w 20 minut nie załatwie interview w kraju, gdzie bycie punktualnym to skarb większy niż dziewictwo oraz nie dołącze na znajdujące się przecież daleko boisko. Jakże bardzo sie myliłem! W 30 sekund pani manager przez małe m obskoczyła 3 osoby - mnie, współlokatora i znajomego współlokatora, pytając o nazwiska, oglądając stare i oceniane juz przez siebie własnoręcznie CV oraz pytając mnie i współlokatora o doświadczenie, gdzie jednak trzecia osoba zapytana nie została. Nie wiem na co liczyli, na to, że przez 2 tyg przyrosnie mi 6 lat doświadczenia? W każdym bądz razie 30 sekund dla 3 osób daje średnio 10s na osobę. Szybko, tylko nic z tego nie wynika. Dalej rozegrał się mecz. Z początku na małym boisku (a właściwie na pomniejszonej wersji małego). Pogoda oczywiście dopisywała i było tak: Słońce, deszcz, tęcza, deszcz, słońce, deszcz, wiatr, słońce. Tak mniej wiecej. Gralo sie więc raz w błocie, raz w upale. Pierwsza część w ilości 6 na 6 zakończyła sie wynikiem 3:4 dla drużyny mojej. Druga część bogatsza w zawodników (8:8) rozgrana została na pełnej wersji boiska małego - zakończyła się bodajże wynikiem 7:5 dla druzyny przeciwnej. Dodać należy moja jedną bramkę zdobytą z odległości 1 metra po celnym podaniu od kogoś, kogo nie znam. W międzyczasie jeszcze moja kostka została przejechana przez metalowy korek z butów jednego z zawodników co zaowocowało tym,że miałem parenaście minut off. Jakoś doczłapałem się do domu, sprawdzając po drodze gdzie mam jutro interview. Jakaś rudera, numer 26 - więc teoretycznie się zgadza. Szkoda,że na stronie napisano o zupełnie innym numerze. No cóz..
Niedziela zaczęła się wcześnie, bo o 7:30 gdzie musiałem wstać żeby zasuwać na interview na 9:30 gdzies gdzie go teoretycznie miec nie miałem, ale sie okazało, że jednak czekał on tam na mnie. Czekał wraz z pedałkowatym (umytym znaczy się) panem, który o dziwo gadał do rzeczy. Wydaje się, że było nieźle, a i ludzi i CV sporo nie widzałem. Napisza do końca tygodnia, gdyż pozwalają sobie na 1 interview (góra 2) dziennie. Kolejne spotkanie odbyć sie miało w The Bag Shop w tesco, ale dostałem SMSa cobym wlazł do Managment Center. No i wlazłem. I do sali konferencyjnej prosto. Nie sądziłem,że takie wielkie telewizory istnieją - conajmniej 50 cali. W każdym bądz razie trafiłem też przed oblicze umytego faceta który mówił mocno do rzeczy. Wszystko oczywiście no problem. Co wyjdzie - zobaczymy ;] Znając życie nic, jak zawsze.
Wracając z interview, a właściwie to nie z interview - po prostu wracając nadeszła pora zakupów. W skład weszło: 24 piwa marki Budenweiser (24×0,33l), 3 bułki (w promocji buy 2 get 3) oraz coś do przepychania rur z naklejka linkująca do strony www.plugholesneedlovetoo.com. Wejśc się boje. Inna sprawa,że jednak ciężko było zakupy nieść. No nie mogliśmy dać rady tm bułkom. Tak więc wykupiliśmy za 1€ wózek i poginalismy z nim przez miasto - potem kulturalnie odstawiliśmy i nikt jak dotąd nie miał pretensji - zobaczymy co będzie dalej. Wniosek natomiast nasuwa się jeden - chodniki w Irlandii nie są przystosowane do wózków z tesco. Smutne, ale niestety prawdziwe. Obawiam się, że polskie chodniki również posiadają ten defekt architektoniczny, niemniej jednak próbować nie zamierzam. Reasumując. Co będzie - się okaże. Na razie boli mnie wszystko, łącznie z nogami, rękami, dupą i plecami…
Ah no i dostałem postcard z UK ;)

Irlandia - częśc VI

28 Jul 2007; Maksymus007

Jak to zwykle bywa, wszystko się jebie. Miałem ja ci już się zbierać do wyjazdu, a tu się okazuje, że jestem rozchwytywany i że nie całe jedno interview mam w poniedziałek, ale całe dwa. Wzrost normalnie o 100%.
Co więcej, okazuje się, że jestem potrzebny na miejscu jako osoba zajmująca się portalem Carlow.pl. Co się okaże w ostatecznym rozrachunku…cięzko powiedzieć. Wiem, że na stanowisko stock accountant w sumie się nadaje - w firmie produkujacej drzwi. Dość powiedzieć, że mam tam być na 9:30 rano czasu Irlandzkiego. Dziwne jakieś tu mają zwyczaje pracy od rana ;)

Co dalej…ano nie wiem. Zrobiłem mnoooostwo foteczek :P Jak tylko opracuje jakiś dobry mechanizm galerii (ew. użyje gotowego to na pewno pokaże)
Ah, no i już jutro (w niedziele) lansuje się na boisku przy Hacketstown Road podczas cotygodniowych meczy polaków :)

Ireland - częśc V

25 Jul 2007; Maksymus007

Przygoda z Irlandia powoli sie kończy. Do końca tygodnia szukam pracy - jeśli do tego czasu nic się nie uda - wracam do kraju. Po prostu nie mam kasy na dłuższy pobyt. Trudno. Statystyki i bezlitosna matematyka mówią otwarcie, że będe do tyłu - mocno do tyłu - tyle jeśli chodzi o gotówke i inne tego typu rzeczy.
Druga strona medalu, ta, nazwijmy to duchowa, na pewno będzie bogatsza. Cholernie dużo sie tu ucze, sporo poznaje - jak to mówią samodzielności się człowiek uczy. Generalnie jedyne pocieszenie jest takie, że z rozmowy z ludzmi wynika, że wiele osób dawno temu już zrezygnowało i wróciło do kraju. Także nie będę jedyny. Tylko co z tego…

Dostałem się!

23 Jul 2007; Maksymus007

Tak, jest, dostałem się na studia. Z wynikiem 788.8 / 1000 punktów stałem sie studentem Politechniki Łódzkiej na wydziale Centrum Kształcenia Międzynarodoweg na kierunku Computer Science (infa się znaczy). Słowem mówiąć plan zaliczony w 100%. I dobrze :] Przynajmniej ten jeden…