Jak wiadomo, cały poprzedni rok, a więc koniec liceum, matura i tak dalej koncentrował się w około jednego celu - dostania się na wymarzone studia. Cał ten zapieprz przedmaturalny miał być wysiłkiem który ma się opłacić, miał zamknąć pewien rozdział. No i tak chyba było. Dostałem się tam gdzie chciałem, potem miałem wakacje, fakt. Znaczy się od szkoły ale o tym to już pisałem. Niemniej jednak z dniem 24 września rozpocząłem studia…
Poprzedziłem je miesięcznym kursem pomostowym (czy jakby tam przetłumaczyć Bridging Course) - tak więc obeznałem się troche z wykładowcami, trochę z ludzmi, z budynkiem i tak dalej. Nadszedł wreszcie poniedziałek i…burdel. Podzieleni jesteśmy na grupy, tylko, że nie ma podziału nigdzie jasno określonego. Decyduje, że jednak będę w grupie H i zasuwam na 8:15. Na introduction to Computer Science kolorujemy literki… spoko.
Następnie każdego dnia poznajemy coraz mroczniejsze sekrety IFE - np. przepaść między niektórymi wykładowcami jeśli chodzi o nauczanie - jedni prośbą, inni groźbą a jeszcze inni patrzą w podłogę i nie reagują nawet jak sala zalewa się śmiechem po informacji, iż “if function is nonlinear, we call it ‘nonlinear’”. No bywa no :) Z drugiej strony mamy już sporo materiałów do skserowania i zdobycia. Jak na razie nie jest źle, mam już indeks oraz…koło 80zł do wpłacenia na jakieś pierdoły :) I kartkówke z fizyki za 2 tygodnie ;)
XII to liczba o wielu znaczeniach. 12 symbolizuje pełnie, całość, jedność. Symbolizuje moje liceum które jakiś czas temu ukończyłem. Ot i dlatego wybrałem ją jako ukończenie sagi Irlandzkiej.
Do rzeczy więc. Irlandia jako taka zakończyła się dla mnie 16 sierpnia, kiedy to wczesnym rankiem, po udaniu się do sklepu sieci GameStop i nabyciu 3 gier na PSP wsiadłem do autobusu lini Kavangah ‘n’ Sons, i niespełna dwóch i pół godziny znalazłem się na Dublin Airport. Przygoda z lotniskiej trwała długo, od łażenia i szukania gniazdka do podłączenia laptopa na kanapce za 8€ (8! OSIEM!). Potem samolot, lot, nocny przelot nad Łodzią - fajna sprawa powiem, miasto wyglada cool z góry, świeci się, widać znane ulice i miejsca - a to po ponad dwumiesięcznej nieobecności napawa wielkim optymizmem. Potem już lublinek i powrót do starej polskiej rzeczywistości - dziwnego lotniska, kręcących taksówkarzy, menelstwa i dresiarstwa na ulicach i dziwnej świadomości, że o ile dzień wcześniej mogłem po ulicy swobodnie łazić o tyle tutaj podobna zabawa może szybko zakończyć się utratą zębów/zdrowia/zabawek/kasy etc. Cholernie przygnębiające, tak powiem. A dalej już wiadomo - domek, pokój, komp. Wszystko dziwne i obce, nie wiem nawet gdzie robi się herbatę… :) Ale mija, z czasem mija ;P
Dalej czas spędza na podniecaniu się moim nowym serwerem, nowymi możliwościami i nowymi euro, które w mniej lub bardziej słuszny sposób zarobiłem czy też zdobyłem, bo odzyskane pomijam. Tak więc kolejnym zderzeniem z rzeczywistością była próba nabycia PSP - ni ma! W całym, wielkim, pieprzonym kraju nie ma konsolek PSP. Cudem nabyłem jedna, różową zresztą.
Czas dalszy mija na uczęszczaniu na kursy Politechniki Łódzkiej, gdzie poznaje menadry fizyki i języka angielskiego technicznego, z dozą odpowiedniego dla politechnik dystansu. Jako że sporą część czasu spędzałem samemu miałem wiele okazji do rozmyślań. I tak, wiele miejsc w mieście które z reguły pomijałem czy przechodziłem nabrało jakiegoś dziwnego znaczenia, zaczęły niewiadomo skąd brać się wspomnienia i przemyślenia…różne dziwne, wyjęte z kontekstu rzeczy. Cholera, glupio i kiepsko uświadomić sobie parę bolesnych prawd o sobie, ale lepiej poźno, niż wcale.
Zmieniło się moje myślenie i moje patrzenie na świat. Wyraźniej widze kontrasty między Polska a chociażby głupią Irlandia, zmiany w myśleniu, zmiany w życiu, w poglądach. Tak przeze mnie wyśmiewany brak informacji w Irlandzkich mediach na temat polityki okazał się błogosławieństwem i znakiem normalności - wszak zwykły obywatel interesować głównie powinien się swoim ogródkiem i kto obił mordę sąsiadowi obok a nie kto kogo za co gdzie zamknął/oskrażył/pomówił/skazał. Ot mała rzecz, a istotna.
Zmieniło się moje podejście do ludzi - jak większą grupę społeczeństwa uważałem za idiotów i niewykształcone mendy tak dalej uważał będę, jednak kontakt z Polakami za granicą wiele rzeczy mi uświadomił - jak bardzo człowiek zależny jest od tego,co niematerialne i niepisane i jak wiele można zrobić by te właśnie niematerialne rzeczy zdobyć - ot głupi zapach własnego domu, ochydne, lekko zawilgocone cegły.
Poznałem magię i możliwości zwykłego ludzkiego porozumienia oraz ważność, wagę i znaczenie pewnego rodzaju zaufania. Oczywiście, moj wrodzony talent szpiegowski mówi mi, iż pewne rzeczy z dystansem trzeba traktować, to jednak :)
Czemu nie pisałem miesiąc? Równo miesiąc? Tak chciałem jakoś to zaznaczyć, głównie dla siebie, pokazać upływ czasu - dobrze pamiętam emocje związane z pisaniem ostatniej notki, wtedy byłem tam, teraz jestem tu.
I żałuję, cholernie żałuję tak wielu wielu rzeczy których tak mocno nie dostrzegałem, a może dostrzec nie chciałem. Nad szczegółami nie ma się tu co rozckliwiać…dobrze chociaż, że ten moment nadszedł. Taki dystans jest potrzebny, 2000km, dwie i pół godziny a tak wiele może zmienić…
Cóż…pozostaje mi jeszcze zaprosić na Maksymus007 Weblog gdzie rozckliwiam się nad technicznym aspektem życia w moim pseudoangielskim :) Co dalej? Zobaczymy :)
Jak to zwykle bywa w niedzielne popołudnie rozgrywa się mecz. I jak to zwykle bywa grają tam Polacy. I ja też (choć już nie tak zwykle). I tak też stało sie dzisiaj. Jest 21:16 czasu Irlandzkiego - mecz zaczął się planowo o 17:30. Oznacza to ni mniej i więcej to, że graliśmy 3 i pół godziny. No powiedzmy 3 godziny i 15 minut z racji tego, że tam ktoś doszedł poźniej i tak dalej. Niemniej jak było tak było. Mokro. Bardzo bardzo. Na samym początku padał deszcz, mocno, intensywnie i duzymi kroplami przez co gra wlokła się niemiłosiernie wolno a zawodnicy ślizgali się po całym boisku. Potem powitało nas słoneczko, tęcza i znowu deszcze. Przelotne, dluższe, krótsze, ale jednak deszcze. Graliśmy więc w błocie, ślizgając się - i co? I było zajebiście, jak zwykle. Jak zwykle przegraliśmy, tym razem jednak padł samobój (nie mój). Ale najważniejsze w tym było to, żeby sobie pograć, pobiegać, wyżyć się, poprzepychać, poszarpać, powbiegać na siebie, poprzeklinać, pokopać nawzajem..o i dużo jeszcze możnaby tu wpisać czasowników z prefiksem ‘po’. I tyle. Pora pod prysznic, póki jeszcze stoje :)
Więc siedze Ci ja i przegladam newsy. I po raz kolejny i kolejny czytam - zabito, zamordowano, znaleziono ciało, zgwałcono. I tak cały czas, w kołko i w kołko. Newsem dnia okazuje się to, że jakaś replika statku wikingów (pełnowymiarowa!) przypływa gdzieś do wybrzeży Irlandii. Epidemia pryszczycy w UK już widać przestała kogokolwiek tutaj interesować. Wystąpienia rządu jakiegokolwiek od kiedy tu jestem nie widziałem. Nie i już. Ew. od czasu do czasu coś ktoś napisze o zmianach w tym i w tamtym (np. nie będzie mozna dumpingować cen alkoholu). I tak w kołko. I cały czas…boooożeeee….
Ha! I tak w przeciągu 3 godzin z robotnego stałem się bezrobotny. Okazało się, że nie umiem wypełniac faktur i odbierać zamówień w języku hiszpańskim tak więc w trybie natychmiastowym zostałem zwolniony. Ot i tyle. Nie wiem kogo firma szukała, nie wiem z jakimi kwalifikacjami, ale to co było napisane w ogłoszeniu spełniałem - a że nie mam większego pojęcia o księgowości? No nie mam, a tymbardziej o księgowości Irlandzkiej. No ale to computer skills byly essensial…no nic. Chuj.
Tagi: ireland, irlandia