Jak to zwykle bywa w niedzielne popołudnie rozgrywa się mecz. I jak to zwykle bywa grają tam Polacy. I ja też (choć już nie tak zwykle). I tak też stało sie dzisiaj. Jest 21:16 czasu Irlandzkiego - mecz zaczął się planowo o 17:30. Oznacza to ni mniej i więcej to, że graliśmy 3 i pół godziny. No powiedzmy 3 godziny i 15 minut z racji tego, że tam ktoś doszedł poźniej i tak dalej. Niemniej jak było tak było. Mokro. Bardzo bardzo. Na samym początku padał deszcz, mocno, intensywnie i duzymi kroplami przez co gra wlokła się niemiłosiernie wolno a zawodnicy ślizgali się po całym boisku. Potem powitało nas słoneczko, tęcza i znowu deszcze. Przelotne, dluższe, krótsze, ale jednak deszcze. Graliśmy więc w błocie, ślizgając się - i co? I było zajebiście, jak zwykle. Jak zwykle przegraliśmy, tym razem jednak padł samobój (nie mój). Ale najważniejsze w tym było to, żeby sobie pograć, pobiegać, wyżyć się, poprzepychać, poszarpać, powbiegać na siebie, poprzeklinać, pokopać nawzajem..o i dużo jeszcze możnaby tu wpisać czasowników z prefiksem ‘po’. I tyle. Pora pod prysznic, póki jeszcze stoje :)
Więc siedze Ci ja i przegladam newsy. I po raz kolejny i kolejny czytam - zabito, zamordowano, znaleziono ciało, zgwałcono. I tak cały czas, w kołko i w kołko. Newsem dnia okazuje się to, że jakaś replika statku wikingów (pełnowymiarowa!) przypływa gdzieś do wybrzeży Irlandii. Epidemia pryszczycy w UK już widać przestała kogokolwiek tutaj interesować. Wystąpienia rządu jakiegokolwiek od kiedy tu jestem nie widziałem. Nie i już. Ew. od czasu do czasu coś ktoś napisze o zmianach w tym i w tamtym (np. nie będzie mozna dumpingować cen alkoholu). I tak w kołko. I cały czas…boooożeeee….
Ha! I tak w przeciągu 3 godzin z robotnego stałem się bezrobotny. Okazało się, że nie umiem wypełniac faktur i odbierać zamówień w języku hiszpańskim tak więc w trybie natychmiastowym zostałem zwolniony. Ot i tyle. Nie wiem kogo firma szukała, nie wiem z jakimi kwalifikacjami, ale to co było napisane w ogłoszeniu spełniałem - a że nie mam większego pojęcia o księgowości? No nie mam, a tymbardziej o księgowości Irlandzkiej. No ale to computer skills byly essensial…no nic. Chuj.
Tagi: ireland, irlandia
I tak jak to bywa w życiu wszystko przekręciło się o 180 stopni. Z osoby wyjeżdżającej stałem się osobą niewyjeżdząjącą. Z bezrobotnej stałem sie robotą. Tak sądze, gdyż w czwartek zostałem zbudzony bladym świtem (przed 10:00) telefonem, czy mogę przyjść w piątek o 10:00 na Dublin Street 26 - znaczy się tam, gdzie byłem na interview. No mogłem i nawet przyszedłem, chociaż cały dzień się zastanawiałem po co mam tam iść..
Na miejscu okazało się, że pan would like to offer me a job, a ja, że i’m very glad, więc potem leave the jacket on those boxes and watch. No i watchowałem, cały dzień, do 18. Oglądałem jak się pakuje towar do pudełek, jak się przygotowuje paczke do wysyłki, jak się ja okleja taśma. Potem patrzyłem jak się wypełnia faktury, wysyła faksy, jak się kseruje, jak się wypełnia listy przewozowe, jak się zarządza stanem magazynu i na końcu, przez parę dobrych godzin, jak się wkłada w koperty ponad 600 kartek papieru i na to wszystko się nakleja znaczki. O i na tym się skończyło. Stawić się mam we wtorek, dla odmiany o 9:00. Trochę to wszystko niespodziewane, ale…kurczę fajnie! Prawdziwa robota, w prawdziwej firmie gdzie jedna paczka to parenaście tysięcy euro (gdyż firma zajmuje sie redystrybucją wszelakiego osprzętu związanego z poczerwienią - czujników, mechanizmów, silników etc.). Generalnie jest fajnie. We wtorek mam też dostać papiery potwierdzające fakt pracy co pozwoli mi zacząć użeranie się z Irlandzkim systemem podatkowym, w którym największym wyzwaniem jest znalezienie urzędu (podobno w Kilkenny, ale adres…nikt nie wie…).
Druga sprawa to mecz, który jak co tydzień rozgrywał się tam gdzie co tydzień. I jak co tydzień (juz drugi!) rozgrywałem go mi. ja. W sumie to ja tam mało rozgrywałem ale pare razy rozegrałem, pare zepsułem (sobie i przeciwnikom), pare coś tam kopnąłem, pare razy sie poprzepychałem i zmieszałem w błotem (dosłownie). Ale sa plusy - nie mam zakwasów (przynajmniej teraz) nie boli mnie nic poza plecami, moge chodzić normalnie, a po gorącym prysznicu jestem prawie jak nowy - w sumie to dobrze, bo niestety długie godziny przed kompem swój wpływ mają, ale mam nadzieje, że chociaż trochę udaje mi się z tym walczyć.
Trzecia sprawa - przychodzi do mnie dziewczyna, trzymająca w ręku okrągłe warzywo wielkości mniej wiecej buraka (troche większe). I co? I pyta się, czy to jest por! W niedowierzaniu kazała mi powąchać i stało się to, czego obawiałem się na samym początku - to była kalarepa (kto zgadł na początku?)! Powoli idąc przez życie w Irlandii zaczynam się orientować, jak wiele wiedzy jest potrzebnej do zycia i jak mało ludzi ją posiada. I nie mówie to o nauce akademickiej - ale o takim zwykłym odróżnaniu pora od kalarepy. O prostej sztuce ugotowania czegoś co nie jest z torebki… Dalej idąc przez potrzebe wyrzucania śmieci z kuchni a kończąć na obsłudze piekarnika… tożto jest wiedza elemenetarna jak dla mnie… czy takie bolesne jest przeczytać instrukcję obsługi? Nie wiem do czego to wszystko prowadzi, ale nie sądzę, żeby do czegoś dobrego..
To samo zresztą widać na każdym kroku, gdy patrzy się na Irlandczyków w swoich wiejskich furach, na dziewczyny w dresie albo napierdolone tak, że bez butów ida cała szerokością drogi krajowej N9 Dublin-Waterford. Po raz kolejny chce się zapytać: dokąd zmierzasz, cywilizacjo?
Na forum JM ktoś kiedyś ładnie powiedział, że naturalnym stanem gatunku ludzkiego jest analfabetyzm, chwilowo tylko zachwany przez XIX i XX wiek, gdzie nauczano masowo (nie pisałem już tego czasem?). Tutaj to samo..ciągle specjalizacja, specjalizacja, coraz węższe dziedziny informatyki, techniki, fizyki, w ogóle wszelakich nauk, a tu się okazuje, że przez to zawężanie, ciągle wymyślanie kolejnych chorób i powodów za/przeciw zmierza to do zagłady. Nie tylko co wyginięcia, co pewnego zastoju myślowego, kulturowego.
Tak więc kolejne ważne fakty, pomagające odpowiedzieć na pytanie kim jestem zostały przeze mnie przyswojone.
Nie mnie to oceniać i wystawiać jednoznaczne i wiążące opinie - ale nie podoba mi się taki rozwój sprawy. Nie i już. I żadne równouprawnienia i tolerancje nie zmienią faktu, że kobiety różnią się od mężczyzn, a homoseksualizm nie jest naturalny. I choć bardzo bardzo bardzo chcielibyśmy, żeby było inaczej, to się nie da.
Na boga, niechli bycie modnym i na luzie nie zabiera zdrowego myślenia…