Irlandia - część VII
Tak więc elementem wartym opisania okazują się 3 ostatnie dni - właściwie to dwa i dzień dzisiejszy, jednakże dla właściwego podziału i prostoty będę w poniższym tekscie używał terminu 3 dni do oznaczenia opisanego wyżej okresu czasu. Zacznijmy więc od soboty,gdzie to znana jako czas weekendu, okazała się dniem utrzymania całego naszego polskiego domu przy monacurragh 54. Pobliska pizza hut miała okazję obdarowac nas wszystkich (4 osoby) niespotykaną ilością pizzy która w założeniach była czymś wybranym z katalogu, w praktyce bywało różnie. Tegoż dnia dowiedziałem się rownież, że do moich 2 interview dołączy 3. Też w terminie niezwłocznym. Tak więc przechodząc do następnego dnia przygotowywałem się do dwóch rzeczy - interview w miejscu, gdzie byłem już na interview 2 tyg temu oraz meczu piłkarskiego, gdzie byłem też 2 i jeden tydzień temu, ale nie grałem. Generalny problem polegał na kolidowaniu tychże dwóch wydarzeń w czasie, a właściwie tak mi się wydawało, że w 20 minut nie załatwie interview w kraju, gdzie bycie punktualnym to skarb większy niż dziewictwo oraz nie dołącze na znajdujące się przecież daleko boisko. Jakże bardzo sie myliłem! W 30 sekund pani manager przez małe m obskoczyła 3 osoby - mnie, współlokatora i znajomego współlokatora, pytając o nazwiska, oglądając stare i oceniane juz przez siebie własnoręcznie CV oraz pytając mnie i współlokatora o doświadczenie, gdzie jednak trzecia osoba zapytana nie została. Nie wiem na co liczyli, na to, że przez 2 tyg przyrosnie mi 6 lat doświadczenia? W każdym bądz razie 30 sekund dla 3 osób daje średnio 10s na osobę. Szybko, tylko nic z tego nie wynika. Dalej rozegrał się mecz. Z początku na małym boisku (a właściwie na pomniejszonej wersji małego). Pogoda oczywiście dopisywała i było tak: Słońce, deszcz, tęcza, deszcz, słońce, deszcz, wiatr, słońce. Tak mniej wiecej. Gralo sie więc raz w błocie, raz w upale. Pierwsza część w ilości 6 na 6 zakończyła sie wynikiem 3:4 dla drużyny mojej. Druga część bogatsza w zawodników (8:8) rozgrana została na pełnej wersji boiska małego - zakończyła się bodajże wynikiem 7:5 dla druzyny przeciwnej. Dodać należy moja jedną bramkę zdobytą z odległości 1 metra po celnym podaniu od kogoś, kogo nie znam. W międzyczasie jeszcze moja kostka została przejechana przez metalowy korek z butów jednego z zawodników co zaowocowało tym,że miałem parenaście minut off. Jakoś doczłapałem się do domu, sprawdzając po drodze gdzie mam jutro interview. Jakaś rudera, numer 26 - więc teoretycznie się zgadza. Szkoda,że na stronie napisano o zupełnie innym numerze. No cóz..
Niedziela zaczęła się wcześnie, bo o 7:30 gdzie musiałem wstać żeby zasuwać na interview na 9:30 gdzies gdzie go teoretycznie miec nie miałem, ale sie okazało, że jednak czekał on tam na mnie. Czekał wraz z pedałkowatym (umytym znaczy się) panem, który o dziwo gadał do rzeczy. Wydaje się, że było nieźle, a i ludzi i CV sporo nie widzałem. Napisza do końca tygodnia, gdyż pozwalają sobie na 1 interview (góra 2) dziennie. Kolejne spotkanie odbyć sie miało w The Bag Shop w tesco, ale dostałem SMSa cobym wlazł do Managment Center. No i wlazłem. I do sali konferencyjnej prosto. Nie sądziłem,że takie wielkie telewizory istnieją - conajmniej 50 cali. W każdym bądz razie trafiłem też przed oblicze umytego faceta który mówił mocno do rzeczy. Wszystko oczywiście no problem. Co wyjdzie - zobaczymy ;] Znając życie nic, jak zawsze.
Wracając z interview, a właściwie to nie z interview - po prostu wracając nadeszła pora zakupów. W skład weszło: 24 piwa marki Budenweiser (24×0,33l), 3 bułki (w promocji buy 2 get 3) oraz coś do przepychania rur z naklejka linkująca do strony www.plugholesneedlovetoo.com. Wejśc się boje. Inna sprawa,że jednak ciężko było zakupy nieść. No nie mogliśmy dać rady tm bułkom. Tak więc wykupiliśmy za 1€ wózek i poginalismy z nim przez miasto - potem kulturalnie odstawiliśmy i nikt jak dotąd nie miał pretensji - zobaczymy co będzie dalej. Wniosek natomiast nasuwa się jeden - chodniki w Irlandii nie są przystosowane do wózków z tesco. Smutne, ale niestety prawdziwe. Obawiam się, że polskie chodniki również posiadają ten defekt architektoniczny, niemniej jednak próbować nie zamierzam. Reasumując. Co będzie - się okaże. Na razie boli mnie wszystko, łącznie z nogami, rękami, dupą i plecami…
Ah no i dostałem postcard z UK ;)