Archiwa dla June 2007

Ireland - część I

16 Jun 2007; Maksymus007

Zaczęło sie niewinnie. Pobudką koło 6:00. Minęła godzinka wypełniona pakowaniem, ładowaniem (baterii) i innymi tympodobnymi pierdołami, które robi sie przed każdą dłuższą podróżą. Jakoś tak po 7 rozpoczęła się droga do Warszawy. Droga obrzydliwa, remontowana, zakorkowana. Dalej wystarczyło juz tylko znaleśc lotnisko, co niestety w stolicy środkowoeuropejskiego kraju nie może byc przecież rzecza łatwą. Zero oznaczeń, zero drogowskazów - li tylko jedna mała strzałka z napisem ‘Port lotniczy’. Międzynarodowe, że hoho.
Dalej seria przygód na parkingu - skoro loty są tak drogie, a na polską kieszeń to juz w ogóle bardzo, to skąd tyle samochodów na parkinku? Tyle, że miejsce do zaparkowania znaleźliśmy po jakiś 10 minutach. A i to nie koniec. Przecież po co oznakować drogę do terminala? Przecież można łazić po całym parkingu z torbami wśród wkurzonych kierowców szukających miejsca na swój nietani nierzadko samochód. Gdy jednak jakimś cudem udało sie już owy terminal znaleść, pojawił się problem szczegółowych danych nt. odprawy, bagażu. Wieeelka tablica na której podobno zawsze można wszystko odczytac jest fajna, szkoda tylko, że pokazuje lot wtedy, gdy trzeba już przynajmniej przejść kontrolę paszportową. Tak więc właściwie w ostatniej chwili przechodzimy przez system bramek, sklepów i barierków, po to, by przejść równie boską kontrolę celną (oczywiście wszystkie napoje mają status ‘zabronione na pokładzie’). Nie ma nic przyjemniejszego niż gonienie na autobus dowożący do samolotu bez paska w spodniach gdyż ten trzebabyło oddać do obejrzenia celnikowi. Tak zreszta jak saszetkę na dokumenty. życie.
Kolejny etap podróży to samolot - nic szczególnego, góra, doł, lewo, prawo, chmury i cholernie monotonny widok za oknem. Linie lotnicze irlandzkie, więc i stewardessy irlandzkie. Tak, irlandzkie kobiety są brzydkie (zajebiście - dop. Adam). Lądowanie w Dublinie, wysiadka, bagaż i szukanie autobusu do Carlow. Okazuje sie, że nie tylko w Polsce zrobienie tabliczki przekracza możliwości lotniska/państwa/obywateli/firm prywatnych. Tutaj też. Prosto, w lewo i powinno być widać. No i stoi. Autobus. Rozkład? A po co komu? Kierowcy też mili. ‘Carlow? Carlow. How much? Carlow’. Ot i jakoś się jedzie. Oczywiście to nie mógł być koniec ciekawostek. Na trasie liczącej 83 km autobus załapał połgodzinne opóźnienie. Normalka w tym kraju podobno. że wcale nie podobno przekonamy sie poźniej wielokrotnie. Docieramy do miasta, gdzie wszystkie znaki na niebie i przy drodze informują, iż nazywa się ono Carlow. Autobus staje, za oknem zielony skwer - jak nic Coach Park przy którym miał być przystanek. Kierowca flirtuje z irlandzka parą a my wyciągamy bagaże. No i zonk. Idziemy, idziemy. Z mapy wynikało - prosto do pierwszego skrzyżowania, potem w lewo. No i tak też poszlismy. Ale to nie była właściwa droga. Ludzie zapytani o coś jak informacje turystyczną wykazali się wielką znajomościa terenu i powiedzieli, że jest zamknięta. To kolejna ważna cecha irlandczyków - zawsze odpowiadają na zadanie pytanie, szkoda tylko, że żadko odpowiedz ma coś wspólnego z pytaniem. Błąkając się po ulicach trafiamy w końcu na ulicę, która ma nas doprowadzić do celu - tj. do mieszkania. Okazuje się, że jakieś 100m przed celem znajduje nas nasza Landlordka, pani od której wynajmujemy pokój. Wielkie dzięki w tym miejscu dla MacKozera dzieki któremu pani nie olała sprawy jak nie znaleźliśmy się na miejscu o zadanym czasie, a postanowiła nas trochę poszukać. Dalej kolejny zonk. Chata wygląda jakby od 10 lat nikt w niej nie mieszkał i nie sprzatał. I w rzeczywistości tak jest, gdyż mieszkają tu studenci. Akurat w czasie wakacji ich nie ma - ale jesteśmy my i jakaś pani z Włoch która co rano dzielnie wyrusza szukać czegoś w błocie - archeolog pracujący, jak się dowiedzielismy, przy wykopach przez które staliśmy w korkach w drodze do Carlow - nowa autostrada. Prawie jak u nas.
Na koniec dnia zaproszeni zostaliśmy na odbywająca się w każdy wtorek imprezę polska w pubie, który polski też ma być. Poznalismy sporo polaków, hiszpan, hiszpanek i greka. Jak to stwierdził Bogdan z Pabianic po usłyszeniu, że jesteśmy w Carlow 4 godziny - ‘Niezły start’. Powrót z pubu po nocy był o tyle ciekawy, że zimno jak cholera było. Po ulicach łazili juz mocno narabani obywatele i obywatelki Carlow, a te drugie dzielnie dzierżyły w dłoniach różowe akcesoria wszelakie i wyuzdanej zabawy erotycznej. O tak.
PS. Guiness jest obrzydliwy. Tak ten oryginalny irlandzki

Drugi dzień zaczął sie od sprawdzenia, czy dostaliśmy obiecane nam wczoraj potwierdzenia naszego zameldowania dostaniemy. Nie. Nie dostaliśmy, tak samo jak znaku życia od landlordki. W sumie - nic nowego. Papiery dostaliśmy dzień poźniej. Znaleźliśmy za to Tesco. W sumie nie różni sie niczym od polskiego poza brzydszą obsługą i ludzmi, którzy chyba kompletnie nie wiedzą, że tam pracują (albo nie rozumieją po angielsku, tak też może przecież być). Od razu zaczęło też padać. O ile w Polsce możemy powiedziec, że wreszcie pada, czy że znowu pada, tutaj możemy powiedziec, że wreszcie nie pada czy znowu nie pada. Ot taka booleanowska negacja. Reszta dnia minęła na poznawaniu uroków miasteczka, cen lokalnego piwa (4euro!!!).

Kolejne dni to szukanie pracy. Łażenie tu i ówdzie, pytanie. Kolejna rzecz - w sklepach z odzieżą dla kobiet nie przymują facetów. Dyskryminacja.
To samo z ogłoszeniami. Mimo, iż napisano ‘no experience required’ wcale tak być nie musi. Tutaj tak naprawdę to nic nie musi. Dostajemy opieprz od landlordki za niewyrzucone kubeczki po pasztecie. ‘Keep the house tidy’ brzmi jak sarkastyczny żart w porówaniu z tym, co znaleźliśmy w były garażu. 2 wózki z Tesco, z 40 puszek po Heinekenie i innych, gazety, rury, gruz, trawę.
Pierwszy raz dostajemy też opieprz za zbyt głosne zachowanie. Od sąsiadki. Chyba. Pada. Znowu. Kupujemy też pierwszy irlandzki pre-paid. Okazuje sie, że do kraju możemy dzwonic taniej niz wy do siebie nawzajem. I kolejna rzecz. Irlandczycy nie odbieraja telefonów. Oni je dostają, czekaja minutę i oddzwaniają. Albo w ogóle ignorują. Taki kraj.
I na deser - przechodzenie przez ulicę. Niesamowita sprawa. Tutaj o dziwo samochody się zatrzymują gdy widza pieszego. Tak po prostu, zwalnia, staje. Bez klaksonów, rzucania kurwami, bez denerwujących się ludzi. Często i namiejętnie. Jak ujął MacKozer ‘czasem aż głupio nie przejść’.

Tymczasem polecam mała galerię

TV!

10 Jun 2007; Maksymus007

Bach. Jedynka. Tandetny serial. Miastczeko czy inne rancho.
Dwójka - top hiper extra trendy festival. Nie wiem co jest tam trendy, ani co jest w tym z festiwalu. Piękne miasto Szczeciń a pod sceną może 1000 ludzi. Sporo jak na takie gówno…ale troche mało jak na coś co jest super i trendy. Nieważne.
Trójka. Łódzka. Jakiś katolicki magazyn. ‘Na koniec życzę wszystkim spełniania w bożej łasce’ - chuj Ci w dupe, za moje pieniądzę nadaja sekciarskie programy z neonazistowskim pozdrowieniem.
Polsat - kolejny festival. Też trendy. Nawet się komentować nie chce.
TVN. Dobry biały glina z równie dobrym czarnym ratują miasto/świat/dziewice. TVN24. 6 raz czytam o konflikcie na lini Wałęsa-Walentynowicz&&Gwiazda.
TV Polonia. Festiwal. Muzyki. Klasycznej. Dawno nie pamiętam tak mile spędzonej godziny. Normalni ludzie, z dystansem, piękna muzyka - widać, że robią ja tacy, którzy się na tym znają. Niesamowite ukojenie. Powoli chyba zacznę doceniać programy tego typu. Coś co w konkurencji z top trendy festival nie ma żadnych szans w oczach opini publicznej może być jednak skarbem.
A może po prostu dlatego, że to fachowcy? Których robotę cenie w każdej dziedzinie?