Jak wszyscy, to wszyscy.
Budzik mam ustawiony na
6:30 - i tak też wstaje. Nim dochodzę do siebie zasypiam znowu.
7:10 - wstaje tak na poważnie. W zależności od aktualnego obłożenia łazienki/kuchni kieruje się albo tu, albo tu.
7:30 - jeśli byłem w kuchni, to siedzę teraz z kanapkami o oglądam Discovery. Najniebezpieczniejszy zawód świata (angielski tytuł Deadliest Catch - ile tłumacz wypił, ja się pytam?). Oglądam o ludziach którzy łowią kraby na morzu Barentsa - ich dzień trwa może 6 godzin (ten słoneczny) a pracują 20, albo i 40, jak trzeba. Jedna fala i kończą w lodowatym morzu w którym nie maja szans na przeżycie. Czasami im zazdroszczę, chciałbym tego spróbować. Może kiedyś…
Jeśli wybrałem łazienkę…cóż…nie będę opisywał szczegółowo co tam robie :)
7:40 - tu też zależy - jeśli zjadłem śniadanie to jestem w łazience i kalkuluję, czy zdążę się ogolić czy nie. Z reguły nie :) Jeśli w kuchni to w ogóle rezygnuje z jedzenia.
7:50 - właściwie jestem ubrany, gotowy - ale okazuje się, że miałem iść w innym ubranku - tym zielonym. Ale mamo, to nie jest zielony. Jest, tylko taki przygaszony. Mamo, ale jakie to ma znaczenie? Duże.
7:55 - wyjście. Długa droga, często pokonywana biegiem. Mijam moją ulicę, potem przystanek, potem Urząd jakiejśtam komunikacji samochodowej, gdzie oglądam tłumy kłębiące się przed otwarciem jak przed jakąś wyprzedażą. Czasem mi ich żal, no ale…
Potem mijam park. Często ktoś tam pracuje - jakieś służby sprzątają, koszą, ścinają etc. Czasem słucham z robotnikami radia, które maja w traktorze. Dalej mijam kaczki. Albo śpią, albo łażą i dziobią co popadnie. Albo ślizgają się po lodzie. Cool.
Dochodzę do szkoły. Zdejmuje MuVo, przekładam nóż do plecaka. Wbiegam na jakieś cholerne najwyższe piętro tylko po to, by się spocić i być równo z dzwonkiem i stać jak ten matoł czekając aż ktoś łaskawie przyjdzie do klasy - przy czym lekcja i tak zaczyna się jakieś 5-7 minut po dzwonku. A mógłbym spokojnie dojść. Ale prawo jest prawo.
9:00 - pierwsza przerwa. Liczę, ile do końca. Dużo. Dużo za dużo. Ewentualnie gdy mamy lekcji koło mojej ukochanej klasy drugiej, sprawdzam, czy ciągle jestem powietrzem. Kolejny krok w układzie tańca wojennego. Jestem, niczym…uff…wreszcie zapowiadana stabilizacja. Lekcje miją w/g zasady - z czego zdaję maturę - uważam i pracuję. Z czego nie - no cóż. Bije rekordy tetrisa na komórce i tylko dlatego nie mogę dalej, gdyż urządzenie nie nadąża za mną i nie mam płynnego obrazu w późniejszych etapach. Cóż…Każdą nudną lekcje spędzam wpatrując się w nauczyciela/tablicę i myśle, co mógłbym teraz robić, co by było gdyby. Analizuje swoje życie i robie to nieustannie. Analizuje klasę…przerażają mnie ci ludzie..większość pozbawiona jakiś ambicji - albo boi się o tym mówić. Jedni pewni siebie aż zanadto (i tu niestety plsuje się ja). Reszta jest tylko dlatego, że musi. No cóż…
14:45 - koniec lekcji. Nie ma dnia żebym mógł powiedzieć - na dzisiaj to koniec. Zawsze jest coś dalej. Albo angielski, albo taniec.
15:50 - zaczyna się angol. Oglądam parę laleczek, które mają w dupie wszystkich i wszystko. Takie typowe córeczki bogatych tatusiów. Ale i tak je lubię, przynajmniej są naturalne… Spędzam całość na rysowaniu pierdół na kserówkach które robię lepiej niż średnia grupy - a robię je tak 2 razy szybciej niż inni. Ile można kurwa czytać dwa jebane paragrafy? 400 słów? Patrzę na tych ludzi - spora część tak jak ja skończyła i czeka. Potem pożyczam od Olki błyszczyk i próbuje się nim zająć. Ni cholery nie umiem tego obsługiwać..
17:05 - przerwa. Idę do Żabki. Kupuje bułki i serek topiony, dużo koli. Widzę ludzi z mojej grupy na fajce. Tego też nie umiem zrozumieć, trucia się dla własnego…sam nie wiem czego. Potem moim kochanym nożem przygotowuje bułki. I tak wszyscy mają mnie za dziwaka bo umiem nożem zatemperować ołówek. Ach no i obowiązkowe skojarzenie, że jak ktoś ma nóż to tylko po to, żeby zabijać…
18:05 - wkładam kolejne kserówki do książki (jest ich tam więcej niż właściwej książki) i formujemy grupę doprzystankową. Idziemy i narzekamy na zły świat, złą maturę. Idziemy szybko tylko po to, żeby któreś z nas oglądało odjeżdząjący właśnie tramwaj który miał delikwenta zawieść do domu. Za to ktoś inny będzie miał szczeście i zaraz będzie w drodze. Życie.
18:15/18:32/18:47/19:20/ni chuja - jadę do domu. Albo idę. Jak nic nie przyjeżdża. Wracam.
19:00 - myślę, co mogę zjeść. Pewno nic, będę o to martwił się rano. Siadam do kompa, sprawdzam,co nowego w świecie. Co nowego na JM, co na thecamels, co tu i co ówdzie. Robie przegląd blogów. Z reguły puchy. Patrzę kto jest na gg.. czytam opisy. Słodkie kocham, całuję, genialne cytaty pełne filozofi życiowej i innych praw wszelakich, obowiązkowo po angielsku, bo jak wiadomo to język myśli tajemnej i ukrytej.
W międzyczasie jak słyszę dzwięk uruchamianego DDRa nie mogę się powstrzymać. Wskakuje na matę i maltretuje strzałki. Uczę się układów na pamięć bo inaczej się nie da. Lekko nie wyrabiam poziomu easy. Mata się ślizga. Czasem tracę orientację i nie trafiam w klawisze, bo jestem nie na środku albo mocno z przodu. Chuj.
20:00 - lekcje. Nauka. Grzebie po różnych forumach i szukam czy sa fajne zadanka tu i ówdzie. Ni ma. Odrabiam pracę domowe i to co wpadnie mi w łapy. Nie uczę sie zorganizowanie. Nie ma to dla mnie sensu - albo coś umiem, albo nie. Jak się nauczę to pamiętam. Nie uczę się na pamięć jak wielu ludzi. Staram się myśleć i produkować na żywo. Nie wydobywać z pamięci. Często na tym zyskuje, czasem przegrywam.
21:00 - balansuje pomiędzy zagrać w coś, poczyć się jeszcze czy programować. Nie programuję, bo wiem, że nie mogę tego robić gdy mam ramy czasowe. Nie gram, bo mam za mało czasu. Uczę się. Perla, XMLa, Basica, PHP. Czytam tutki, arty. Rzadko cokolwiek z nich wykorzystuje konkretnie. Uczę się myślenia. Pomaga.
22:00 - powoli należy szykować się do spania. Tu sprzecznośc między Szkłem Kontaktowym a kompem. Wygrywa komp, jako, że telewizji nie trawie. Sprawdzam jeszcze, czy ktoś coś do mnie napisał, dzwonił. Nie, nikt. Nikt nigdy nie piszę na koma a ja i tak się łudzę. Pewne nawyki ciężko zmienić. Pakuje albo i nie pakuje plecaka. Nieważne. Nic o tej porze nie jest ważne. Widmo kolejnego dnia, które przeraża swoją bezsensownością, swoją nicością. Kiedyś jeszcze szkoła miała sens, miałem jasno określony cel w bywaniu tam ;] Teraz nie. I mimo tego, że żałuję tego co się stało, żałuje swojego postępowania, że próbowałem coś zrobić, a nie pierdolnąłem tego wszystkiego i nie zająłem się swoimi sprawami. To powraca, prawie każdego dnia, straszy…własną głupotą. To już nie są rozważania typu kocha/nie kocham/kocham/nie kocham/dlaczego tak a nie śmak. Pewne rzeczy zrozumiałem, pojąłem. Wiem dlaczego i wiem jak. Wiem co i gdzie było słuszne, a co nie. Maggot mi świadkiem, że to ja to wszystko dawno już przewidziałem. Tak, wydaje mi się, iż umiem przeczuwać zachowania innych, a już na pewno potrafie obserwować i wyciągać na podstawie tego wnioski. Ale zawsze pozostaje jakaś iskierka nadziei.. a może marzeń…
Dzisiaj będzie to samo. Myśli o przeszłości będą przeplatać się z planami na jutro, z myśleniem jakiego utworu będę słuchał po drodze do szkoły. Dwa nurty będą ścierać się ze sobą - potrzeba bliskości i bezpieczeństwa z odhumanizowaną logiką i bezwzględnością liczb i maszyn. I wiem, która droga jest słuszna i którędy iść.
Kurczę, mój problem to fakt, że się do kogoś przywiązuję i staram się go/ją zaakceptować i zrozumieć. I może nie mam grona oddanych przyjaciół, ale…mam coś, co pozwala mi być trochę ponad tym wszystkim. Pieprzoną, egoistyczną satysfakcję…
EDIT: Notka pisana tak długo, że mój własny system zabezpieczeń kazał mi się ponownie logować. Cool ;] to działa!
To mi przypomina klasówke z historii spam spam spam i nic nowego z tego nie wynika :D
O! a staty są po angolu bo polacy poza kazikiem nie umieją pisac tekstów ;)
dzień w mniejsyzm lub wiekszym stopniu podobny do tego co kazdy z nas przezywa codziennie
każdy ma swoj własny "dzień świra"…
Ja tam ostatnio w Irlandii wstawałem o 5 rano, by przed wykopaliskami posiedzieć nad drupalem no i nad jego kontentem.
Po 8 godzinach na wykopaliskach w niekończącej się mżawce i błocie zwykle nie jestem w stanie myśleć trzeźwo, więc wolę wstać wcześnie rano.
Przez najbliższe dwa tygodnie będę mógł sobie pozwolić na komfort wstawania o 6.30 :) razem z żoną :) i pracę przy kompie przez cały dzień.
Oczywiście poza weekendem kiedy gramy koncerty, wtedy rozkład dnia jest bardziej imprezowy ale i wyczerpujący :)
Pozdrawiam
P.S. Łapię zasięg access pointa w dużym pokoju, ale na jednej kresce.
Jeszcze nie testowałem ;)