Kanapka!
W sumie to można uznać za hasło przewodnie wyjazdu w Bieszczady. Ale po kolei. Tzn. już na dworcu okazało się dziwnym trafem, że ludzi z Łodzi już gdzieś widziałem-ba-wszyscy z XII LO…Podróż w miłej atmosferze o nazwie każdy na każdym minęła szybko i już byliśmy na jakimś zadupiu (Zagórz) gdzie nawet pociągi elektryczne nie dojeżdżały. Niemniej tam poznaliśmy resztę grupy, po czym autokarem do Cisnej, gdzie - jak mówiono - najgorsze podejście do schroniska nas czeka. No faktycznie, ciekawe nie było, li tylko prawie pionowe ;) . Reszta dnia minęłą na łażeniu okolicy (tj. 30 metrów od ośrodka) i zapoznaniu się z regulaminem a także pewnymi warunkami - tj. śpimy gdzie i z kim chcemy - byle w czasie ciszy nocnej było cicho. Kolejny dzień to przejazd kolejką i powrót do bazy w Cisnej piechotą. Dzień to był wybitny, gdyż z koleżanką Ola i koleżanką Martą pokonaliśmy drogę na szczyt w niesamowitym tempie (tj. wlekliśmy się niemiłosiernie). Dalsze dni w sumie wyglądały podobnie - wstawianie, pakowanie rzeczy i namiotów, przejście na kolejne miejsce, rozpakowanie i rozstawianie - swoją drogą rozstawienie zajęło naszej trójce (Marek, Kudłaty, ja) koło 8 godzin, ostatego chyba 8 minut ;]. Ostatni dzień natomiast (znowu w Cisnej) zakończył się dla jednych zbiorowym piciem, dla innych zbiorowym zatruciem, dla jeszcze innych zbiorową kimą. Momentów ciekawych i niezwykłych wymieniać można chyba bez końca - a to kanapka na kadrze, a to wrzuty na Rafała (kadra), a to poważne rozmowy z Markiem. Jak ktoś z nich kiedyś to zawędruje, to pozdrawiam niezmiernie (kolejność przypadkowa):
- Marka - za całoksztaut, historie o kolegach i humor ;)
- Kudłatego - bo jego po prostu nie można nie lubić
- Ninę - za wielką odwagę i troskę o cały obóz (by nas niedzwiedzie…)
- Olkę “jestem głodna” - no po prostu ;]
- Kurczaka - za głębokie stwierdzenia :D
- Jaśminę - za wszystko, a szczególnie za te niecałe 40km trasy podczas których dzielnie tłumaczyła czemu nie możemy zatrzymać się TU i TERAZ!
- Kubę “młody” vel “mały” - za boskie teksty. Za bicie parówką po ryju… ;]
- Asię - za ciągłą potrzebę przytulania się :)
- Agatę vel Biedronę - za niesłuchanie brata…
- Marysię - na umilanie czasu w pociągu próbą gry na harmonijce :)
- Artura - za wspólne chwile w namiocie i na mojej pałatce ;]
- Agnieszkę - za piękne różowe sznurówki
- Martynę - za piękną plakietkę i zostanie matką chrzestną mojego kija :)
- Panią Olgę - za “potrzebuję nazwy uniwersalnej Lacidofilu”
- Pana Darka - za naprawdę świetną organizację obozu, za spokój ducha
- Pana Rafała - za zapier*****e pod górkę szybciej niż to ustawa przewiduje
- Panią Magdę - za to, że zamieniłem z nią chyba 3 zdania z czego dwa dotyczyły nalewania herbaty..
- Pana Jacka - za integrację z młodzieżą w postaci przeróżnych głupich gierek społeczno-kulturalnych
I to w sumie tyle. Przeżycie to było naprawde niesamowite - mimo odcisków i przeziębienia :) Jak ktoś czuję się pominięty lub pokrzywdzony niech pisze..tylko kto to tak naprawde przeczyta? :)
Ja przeczytam bo jestem zajebisty :P
Ej :P ja tesz :P
rista, wszyscy już wiedzą jaki jesteś, nie oszukuj! :D pozdrawiam ;)
jest zajebiste dzieki za wszystko
a maksiu pominoles Agnieszke i jej rozowe sznorowki no i martynke
Maksiu dziękuję za pozdrowienia:* Bardzo brakuje mi tych obozowych poranków. Krzyków. Poganiania, gdy wychodzimy pod górę. Rozmów o antykoncepcji itp. mam nadzieje, że jeszcze, kiedy ś spotkamy się całą ekipa np. na jakimś obozie w przyszłym roku:] Pozdrawiam:*
a ja jestem siostrą Agaty vel biedrony i tak to sobie czytam i czytam i jednago jestem pewna..szalenie zazdroszcze wam tej wyprawy w bieszczady, bo to jest miejsce w Polsce które kocham po prostu a w tym roku niestety byc mnie tam nie mogło.Aczkolwiek cieszę się że komuś się to udało:P