Oslo, dzień 0

22 Jan 2010; Maksymus007

No i zaczęło się - wyjazd na semestr studiów do Norwegii. Dlaczego wybrałem sobie taki kraj? Pojęcia nie mam, jeszcze większego pojęcia nie mam po co w ogóle się na takie coś wybierałem. No ale może jak zaczną się zajęcia to zmienie zdanie.

Tradycją już chyba jest, że nie mogę zmieścić się w limicie bagażu i na lotnisku stoję jak idiota i wyrzucam z torby wiele rzeczy, których albo nie miało tam w ogóle być, albo “da się bez nich żyć”. Dalej jak to zwykle, waga, dowodzik.

Tym razem jednak postanowiłem zabrać gitarę elektryczną (bilety kupowałem w promocji po 9zł, więc skoro była okazja kupić “extra item seat” w tej samej cenie, to stwierdziłem, że dlaczego by nie.). Gitara dostała kartę pokładową i trafiła pod czujne oka celników. O jeju jak oni się ucieszyli :) “O będzie pan grał na pokładzie”, “O, a ten kabelek to po co”, “Nie będe panu grzebać tam bo zepsuje”.

No i sru, lotnisko międzynarodowe, panie stewardessy urody arabskiej, w autobusie do Oslo pan kierowca hindus, strasznie się ucieszył jak zobaczył legitymacje studencką. Po dojechaniu odebrał mnie zgodnie z plane mój studdybuddy - Amir, całkiem wesoły norweg pochodzenia arabskiego. Nauki płynące z tego dnia 0 brzmią - “everything is fucked up” oraz “black people steal” - to apropo współużytkowanej kuchni.

Po pierwszych chwilach wniosek jest taki, że ciężko tutaj zobaczyć samochód inny niż w Polsce uznany za wypasiony, że norwegów raczej mało jak na razie, norweskie służby drogowe dały się zimie zaskoczyć tylko częsciowo i że cholernie, ale to cholernie ciemno na dworze. Nie, że noc, ale tak..szaro.


0 odpowiedzi na “Oslo, dzień 0”

  1. Komentarzy brak

Skomentuj